sobota, 26 września 2015

#5.Nie uciekniesz przed przeszłością

    Minęło trochę czasu. 
    Zaczęła zauważać jak rośniemy. Nie byliśmy już tak bezbronni jak kilka tygodni temu. Moto zaczęła rosnąć grzywa... śmiesznie wyglądał z tym kosmykiem na głowie! Co do Moto, polubiliśmy się. Bardzo. On był taki... inny. Uwielbiałam z nim spędzać czas. Ciekawiło mnie jednak to jak się tu znalazł, skąd przybył, co się stało z jego rodziną? Pewnego dnia zdobyłam się na odwagę zapytać go wprost i nie dać się zbyć.
       Leżeliśmy na głazach i wylegiwaliśmy się na słońcu. Podniosłam głowę i spojrzałam na lwa. Miał zamknięte oczy, wyglądał na totalnie zrelaksowanego.
        — Jak to właściwie jest z twoimi rodzicami? — spytałam bez ogródek. Lew otworzył ospałe oczy i nie podnosząc głowy, chwile niemo patrzył w dal.
        — Urodziłem się na Rajskiej Ziemi... — wyznał, wbijając wzrok w ziemię. — W sumie powinienem się spowiadać przed twoim ojcem... od dawna o tym myślę.
        — Nie rozumiem — zmarszczyłam brwi.
        — Wiesz jak zginął twój wuj? — jego ton był tak złudnie spokojny. — Moja matka go zabiła. Tama. Potem została skazana na wygnanie. Muszę to powiedzieć twojemu ojcu... Ciągle się boje, że to się wyda. On mnie lubi, czuje się nieszczery...
        Milczałam dłuższą chwilę, wpatrując się w przyjaciela. Nie wiedziałam jak zareagować. Tama jeszcze przed moimi narodzinami mieszkała na Cudownej Ziemi. Nienawidziła mojego ojca. Miesiącami planowała się go pozbyć. Nie udało się jej, ale zabiła brata mojego ojca. Lew zginął broniąc Angę, podczas koronacji. Nie wiedziałam, że owa Tama ma partnera i na dodatek dzieci. 
        — Ale ty nie jesteś taki jak ona... Ale z drugiej strony rozumiem, że nie chcesz tego ukrywać — odparłam w końcu. — Możemy iść razem do mojego ojca.
       Moto uśmiechnął się słabo. Chwilę jeszcze leżeliśmy, planując cały przebieg rozmowy, aż w końcu ruszyliśmy na Cudowną Skałę. Żołądek podchodził mi do gardła. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej byłam tak zestresowana. Zlokalizowaliśmy ojca. Moto ukłonił się grzecznie i zaczął spokojnie tłumaczyć. Po twarzy ojca już wiedziałam, że to był totalnie zły pomysł.
        — Nie jestem jak ona... Wybrałem inną drogę... — odparł na koniec Moto.
        Ojciec odszedł od nas na parę metrów i westchnął głęboko. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Ta cisza była wręcz bolesna.
        — Do wieczora masz czas, żeby opuścić królestwo. Możesz zabrać zapasy, wszystko co chcesz... Tylko po prostu odejdź... — głos króla był tak stanowczy, że wręcz zaczęłam się go bać.
        Wszelkie błagania, płacz i histerie nie pomogły. Moto wieczorem musiał odejść. Nawet się nie pożegnał. Po rozmowie po prostu gdzieś zniknął, rozpłynął się. Nigdy więcej go nie zobaczyłam. Ojciec tłumaczył się jakimś kodeksem, przeczuciem, że Moto już ma namieszane w głowie, bo Tama była niezrównoważona i pewnie tak go wychowała. Nie rozumiałam go. Przecież uwielbiał go tak samo jak ja.
        Noc spędziłam poza domem. Nad rankiem patrol lwic odnalazł mnie i przyprowadził do domu. Nie potrafiłam spojrzeć w oczy ojcu. Nie byłam zła... po prostu zawiedziona. Myślałam o tym wszystkim tak intensywnie, że powoli dla spokoju swojego ducha, zaczynałam uwierzyć w wersję, że Moto był zagrożeniem. Zbierałam się po tym prawie przez miesiąc. Całe dnie włóczyłam się sama, rzadko z kimś rozmawiałam, często nocowałam poza Cudowną Skałą. 
        Powoli wszystko wracało do normy. Nie zapominałam, ale uczyłam się z tym żyć. Niedługo miała odbyć się ceremonia pierwszego polowania. Nie miałam ochoty brać w tym udziału, a tym bardziej przygotowywać się. Nie czułam się już integralną częścią stada. 
        Pewnego dnia snułam się po sawannie z wzrokiem wbitym w ziemię. Myślami byłam daleko i nie kontrolowałam rzeczywistości wokół siebie. Nagle poczułam promieniujący ból głowy.
        — Ałłłłł... Na Muhimu! — syknęłam. Uderzyłam czołem w kamień. Byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam wielkiego głazu przed sobą. 
        Zza siebie usłyszałam śmiech. Nie był drwiący. Odwróciłam się i ujrzałam lwa w swoim wieku. Też zaczęłam chichotać, masując obolałą głowę. Nieznajomy podszedł i pomógł mi wstać. 
        — Często tak wpadasz na przypadkowe rzeczy? — zaśmiał się. 
        — Mam problemy z błędnikiem... Heh... Dzięki za pomoc — odparłam, chcąc już sobie iść. Jednak miałam wrażenie, że skądś znam tego lwa. Te zielone oczy były strasznie znajome...
-----------------------------------------------------------------------------------
Będę się się teraz starać pisać częściej na ile mogę. Teraz kilka pytań:
1.Czy decyzja Moto była dobra?
2.Uważasz ze Valentine postąpiła dobrze broniąc Moto?
3.Kim jest nowo poznany lew?
4.Czy Valentine przystąpi do ceremonii pierwszego polowania?

środa, 23 września 2015

#4.Ktoś nowy

            Wstałam przed wschodem słońca. Usiadłam na czubku Cudownej Skały. Nasze królestwo było wielkie. Zaczęłam myśleć o tym, jak to wszystko będzie wyglądać, jak Iris zostanie królową. Czy wtedy będę mogła robic co chce? Chciałabym być łowczynią...Może i nie umiem polować, ale wszystko w swoim czasie. Spojrzałam na królewską jaskinię. Nikt jeszcze nie wstał. Był to dobry moment, by się wymknąć, lecz nie chciałam kolejny raz zawieść ojca. Może wrócę do jaskini?...Nie. Zeszłam z Cudownej Skały w podskokach i ruszyłam nad wodopój. Usłyszałam za sobą kroki. To była Iris. Uśmiechnęła się i bez słowa dołączyła do mnie. Dotarłyśmy nad wodopój. Zobaczyłam grupkę lwiątek. Podekscytowałam się tym widokiem, może wreszcie poznam kogoś nowego. Spojrzałam porozumiewawczo na Ir i obie pobiegłyśmy w ich stronę. Były to dwie lwiczki i trzy lwy. Zatrzymałyśmy się przed nimi zdyszane. 
— Hejka, jestem Valentine — powiedziałam radośnie. — To Iris moja siostra. 
— Asante, Asma, Chaka, Chiku i Mwzo — najstarszy lew przedstawił wszystkich pokolei. 
— To księżniczki? — szepnął Mwzo. 
— Co ty pleciesz... Spój na nią, taki wątlak nie może być księżniczką — zaśmiał się z z drwiną najstarszy. 
— Ale my jesteśmy księżniczkami, nasz tata jest królem — próbowałam się tłumaczyć. 
        —Przecież widzę, że już się trzęsiesz jak galareta. Prawdziwa księżniczka niczego się nie boi! — Asante wciąż próbował wyprowadzić mnie z równowagi. 
        — Jak mam ci to niby udowodnić? — zaczęłam się nakręcać. Iris złapała mnie za ramię. Pozostała czwórka próbowała doprowadzić do rozsądku tego cwaniaczka. 
— Widzisz to stado antylop? Jeśli jesteś księżniczką to będziesz na tyle odważna, by wejść między nie i ich nie spłoszyć — powiedział. 
        — No dobra! — warknęłam.  
        — VALENTINE — krzyknęła za mną Iris.    
        Zaczęłam dziarskim krokiem iść w kierunku stada, kiedy byłam już blisko zdałam sobie sprawę, jak głupio postępuje. Val, jakie procesy myślowe zaszły w twojej głowie, że uznałaś to za dobry pomysł? Przecisnęłam się między antylopy i stanęłam jak słup. Serce mi przyspieszyło. Zaczęłam się bać, słyszałam swój ciężki oddech. Dobra, co teraz? Tyle? Chciałam powoli wyjść, ale nagle jedna antylopa podniosła głowę.
        — Błagam nie... — szepnęłam do siebie, wiedząc co zaraz się stanie.
        Wszystkie antylopy nagle ruszyły ze stukotem kopyt. Skuliłam się na ziemi, zasłaniając głowę łapami. Pamiętam tylko kurz... bardzo dużo kurzu i przypadkowe kopnięcia na całym ciele. Podniosłam się na przednie łapy, a Iris od razu do mnie przybiega i zaczęła przytulać.
        — Wszystko okey? Nic ci się nie stało? — ciągle pytała.
        — Oprócz tego, że wyglądam jakbym zamieniała się w lwa z Zakazanej Ziemi to wszystko w najlepszym porządku — zaśmiałam się, patrząc na swoje siwe od kurzu futro.
        — Ładnie się bawicie... — usłyszałam zza siebie głos. Głos ojca. Będą kłopoty. 
        — Tato, ale...
        — Iris, na Skałę, a ty idziesz ze mną do Matu — przerwał mi i wrzucił mnie sobie na grzbiet. 
        Zmierzaliśmy do medyczki w grobowej ciszy. Nie wiedziałam czy widział mnie z tymi lewkami, czy wie jak głupio postąpiłam. Wolałam nie zaczynać dyskusji, żeby się nie wydać.
        — Co chciałaś przez to udowodnić? Tak, wiem Duma mi powiedział — nagle ojciec przerwał ciszę.
        — Bo to lwiątko nie wierzyło mi, że jestem odważna...
        — Sądzisz, że to co zrobiłaś było odważne?
        — Teraz już wiem, że nie...
        — Słuchaj mała, odwagą nie jest bezmyślne narażanie swojego życia. Czasami większą odwagą jest odmówić i nie bać się ośmieszenia — jego ton wyraźnie złagodniał.
        Doszliśmy do drzewa szamanki. Matu stwierdziła, że wszystkie moje cztery łapy są sprawne i mogę śmigać bawić się dalej. Zaczęłam biec w kierunku Cudownej Skały, żeby znaleźć siostrę. Nagle usłyszałam znajomy krzyk. Zaczęłam się rozglądać i zmierzać w stronę hałasu. 
        Asante... No kto by pomyślał. Bił, a raczej próbował bić jakieś lwiątko mniejsze od niego. Nie wiedziałam, co zrobić. Chciałam interweniować, ale nie chciałam mieć już kontaktu z moim dzisiejszym oprawcą. Nieznajomy mi lwiak całkiem nieźle sobie radził. Był zwinny. Asante próbował go złapać, ale ten co chwilę mu się wymykał. W pewnym momencie nawet zauważyłam cwaniacki uśmiech na jego pysku.
        — Halo! Co tu się dzieje! — krzyknęłam, nagle wychodząc z ukrycia.
        — Na Muhimu! Znowu ty! Nie twoja sprawa! Przepędzam tego... sierotę... — warknął Asante.
        — Zostaw go! I zejdź mi z oczu! Dosyć mi problemów przez ciebie.
        — A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?
        — Księżniczką, jak już dobrze wiesz — uśmiechnęłam się szeroko, doprowadzając tym rówieśnika do szału. 
        Asante chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie się oddalił. Zostałam sama z nieznajomym.
        — Jestem Valentine — wyciągnęłam łapę na przywitanie.
        — Fajnie... Tatuś pozwolił ci chodzić samej? — w głosie lwa słyszałam wyraźną drwinę. Cwaniacki uśmiech nie schodził mu z pyska. W tym momencie zaczęłam wątpić czy poznam w tym królestwie jakiegoś miłego samca w moim wieku.
        — Zasady dobrego wychowania sugerują, żeby powiedzieć swoje...
        — Zasady mnie nie obowiązują — przerwał mi.
        — Dobra wiesz co, mogłam Asante dać cię zbić, nie będę dłużej tracić czasu... — odparłam i zaczęłam odchodzić.
        — Moto! Jestem Moto! — krzyknął za mną. Zatrzymałam się, a on mnie dogonił. — Nie spinaj się tak ksieżniczko!
        Na mój pysk wkradł się delikatny uśmiech. Moto odprowadził mnie do Cudownej Skały. Przez całą drogę gadał jak najęty. Mówił, że jest włóczęgą, nie ma rodziców i nie jest stąd, przez co niektórzy lubią mu dokuczać. Nie chciał jednak zdradzać żadnych szczegółów i szybko zmieniał temat.
    Czyżby miał coś do ukrycia?
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony