Wstałam przed wschodem słońca. Usiadłam na czubku Cudownej Skały. Nasze królestwo było wielkie. Zaczęłam myśleć o tym, jak to wszystko będzie wyglądać, jak Iris zostanie królową. Czy wtedy będę mogła robic co chce? Chciałabym być łowczynią...Może i nie umiem polować, ale wszystko w swoim czasie. Spojrzałam na królewską jaskinię. Nikt jeszcze nie wstał. Był to dobry moment, by się wymknąć, lecz nie chciałam kolejny raz zawieść ojca. Może wrócę do jaskini?...Nie. Zeszłam z Cudownej Skały w podskokach i ruszyłam nad wodopój. Usłyszałam za sobą kroki. To była Iris. Uśmiechnęła się i bez słowa dołączyła do mnie. Dotarłyśmy nad wodopój. Zobaczyłam grupkę lwiątek. Podekscytowałam się tym widokiem, może wreszcie poznam kogoś nowego. Spojrzałam porozumiewawczo na Ir i obie pobiegłyśmy w ich stronę. Były to dwie lwiczki i trzy lwy. Zatrzymałyśmy się przed nimi zdyszane.
— Hejka, jestem Valentine — powiedziałam radośnie. — To Iris moja siostra.
— Asante, Asma, Chaka, Chiku i Mwzo — najstarszy lew przedstawił wszystkich pokolei.
— To księżniczki? — szepnął Mwzo.
— Co ty pleciesz... Spój na nią, taki wątlak nie może być księżniczką — zaśmiał się z z drwiną najstarszy.
— Ale my jesteśmy księżniczkami, nasz tata jest królem — próbowałam się tłumaczyć.
—Przecież widzę, że już się trzęsiesz jak galareta. Prawdziwa księżniczka niczego się nie boi! — Asante wciąż próbował wyprowadzić mnie z równowagi.
— Jak mam ci to niby udowodnić? — zaczęłam się nakręcać. Iris złapała mnie za ramię. Pozostała czwórka próbowała doprowadzić do rozsądku tego cwaniaczka. 

— Widzisz to stado antylop? Jeśli jesteś księżniczką to będziesz na tyle odważna, by wejść między nie i ich nie spłoszyć — powiedział.
— No dobra! — warknęłam.
— VALENTINE — krzyknęła za mną Iris.
Zaczęłam dziarskim krokiem iść w kierunku stada, kiedy byłam już blisko zdałam sobie sprawę, jak głupio postępuje. Val, jakie procesy myślowe zaszły w twojej głowie, że uznałaś to za dobry pomysł? Przecisnęłam się między antylopy i stanęłam jak słup. Serce mi przyspieszyło. Zaczęłam się bać, słyszałam swój ciężki oddech. Dobra, co teraz? Tyle? Chciałam powoli wyjść, ale nagle jedna antylopa podniosła głowę.
— Błagam nie... — szepnęłam do siebie, wiedząc co zaraz się stanie.
Wszystkie antylopy nagle ruszyły ze stukotem kopyt. Skuliłam się na ziemi, zasłaniając głowę łapami. Pamiętam tylko kurz... bardzo dużo kurzu i przypadkowe kopnięcia na całym ciele. Podniosłam się na przednie łapy, a Iris od razu do mnie przybiega i zaczęła przytulać.
— Wszystko okey? Nic ci się nie stało? — ciągle pytała.
— Oprócz tego, że wyglądam jakbym zamieniała się w lwa z Zakazanej Ziemi to wszystko w najlepszym porządku — zaśmiałam się, patrząc na swoje siwe od kurzu futro.
— Ładnie się bawicie... — usłyszałam zza siebie głos. Głos ojca. Będą kłopoty.
— Tato, ale...
— Iris, na Skałę, a ty idziesz ze mną do Matu — przerwał mi i wrzucił mnie sobie na grzbiet.
Zmierzaliśmy do medyczki w grobowej ciszy. Nie wiedziałam czy widział mnie z tymi lewkami, czy wie jak głupio postąpiłam. Wolałam nie zaczynać dyskusji, żeby się nie wydać.
— Co chciałaś przez to udowodnić? Tak, wiem Duma mi powiedział — nagle ojciec przerwał ciszę.
— Bo to lwiątko nie wierzyło mi, że jestem odważna...
— Sądzisz, że to co zrobiłaś było odważne?
— Teraz już wiem, że nie...
— Słuchaj mała, odwagą nie jest bezmyślne narażanie swojego życia. Czasami większą odwagą jest odmówić i nie bać się ośmieszenia — jego ton wyraźnie złagodniał.
Doszliśmy do drzewa szamanki. Matu stwierdziła, że wszystkie moje cztery łapy są sprawne i mogę śmigać bawić się dalej. Zaczęłam biec w kierunku Cudownej Skały, żeby znaleźć siostrę. Nagle usłyszałam znajomy krzyk. Zaczęłam się rozglądać i zmierzać w stronę hałasu.
Asante... No kto by pomyślał. Bił, a raczej próbował bić jakieś lwiątko mniejsze od niego. Nie wiedziałam, co zrobić. Chciałam interweniować, ale nie chciałam mieć już kontaktu z moim dzisiejszym oprawcą. Nieznajomy mi lwiak całkiem nieźle sobie radził. Był zwinny. Asante próbował go złapać, ale ten co chwilę mu się wymykał. W pewnym momencie nawet zauważyłam cwaniacki uśmiech na jego pysku. — Halo! Co tu się dzieje! — krzyknęłam, nagle wychodząc z ukrycia.
— Na Muhimu! Znowu ty! Nie twoja sprawa! Przepędzam tego... sierotę... — warknął Asante.
— Zostaw go! I zejdź mi z oczu! Dosyć mi problemów przez ciebie.
— A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?
— Księżniczką, jak już dobrze wiesz — uśmiechnęłam się szeroko, doprowadzając tym rówieśnika do szału.
Asante chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie się oddalił. Zostałam sama z nieznajomym.
— Jestem Valentine — wyciągnęłam łapę na przywitanie.
— Fajnie... Tatuś pozwolił ci chodzić samej? — w głosie lwa słyszałam wyraźną drwinę. Cwaniacki uśmiech nie schodził mu z pyska. W tym momencie zaczęłam wątpić czy poznam w tym królestwie jakiegoś miłego samca w moim wieku.
— Zasady dobrego wychowania sugerują, żeby powiedzieć swoje...
— Zasady mnie nie obowiązują — przerwał mi.
— Dobra wiesz co, mogłam Asante dać cię zbić, nie będę dłużej tracić czasu... — odparłam i zaczęłam odchodzić.
— Moto! Jestem Moto! — krzyknął za mną. Zatrzymałam się, a on mnie dogonił. — Nie spinaj się tak ksieżniczko!
Na mój pysk wkradł się delikatny uśmiech. Moto odprowadził mnie do Cudownej Skały. Przez całą drogę gadał jak najęty. Mówił, że jest włóczęgą, nie ma rodziców i nie jest stąd, przez co niektórzy lubią mu dokuczać. Nie chciał jednak zdradzać żadnych szczegółów i szybko zmieniał temat.
Czyżby miał coś do ukrycia?
Fajny rozdział. Ciekawe, czy Moto jest szpiegiem Adui.
OdpowiedzUsuńPozdro