czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych świąt!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chcę wam życzyć: zdrowia,szczęścia w nadchodzącym roku,miłości,pysznego karpia na wigilię i spełnienia marzeń.Blogerom milionów czytelników a uczniom 6-stek!  :-)

Wesołych Świąt!

sobota, 26 września 2015

#5.Nie uciekniesz przed przeszłością

    Minęło trochę czasu. 
    Zaczęła zauważać jak rośniemy. Nie byliśmy już tak bezbronni jak kilka tygodni temu. Moto zaczęła rosnąć grzywa... śmiesznie wyglądał z tym kosmykiem na głowie! Co do Moto, polubiliśmy się. Bardzo. On był taki... inny. Uwielbiałam z nim spędzać czas. Ciekawiło mnie jednak to jak się tu znalazł, skąd przybył, co się stało z jego rodziną? Pewnego dnia zdobyłam się na odwagę zapytać go wprost i nie dać się zbyć.
       Leżeliśmy na głazach i wylegiwaliśmy się na słońcu. Podniosłam głowę i spojrzałam na lwa. Miał zamknięte oczy, wyglądał na totalnie zrelaksowanego.
        — Jak to właściwie jest z twoimi rodzicami? — spytałam bez ogródek. Lew otworzył ospałe oczy i nie podnosząc głowy, chwile niemo patrzył w dal.
        — Urodziłem się na Rajskiej Ziemi... — wyznał, wbijając wzrok w ziemię. — W sumie powinienem się spowiadać przed twoim ojcem... od dawna o tym myślę.
        — Nie rozumiem — zmarszczyłam brwi.
        — Wiesz jak zginął twój wuj? — jego ton był tak złudnie spokojny. — Moja matka go zabiła. Tama. Potem została skazana na wygnanie. Muszę to powiedzieć twojemu ojcu... Ciągle się boje, że to się wyda. On mnie lubi, czuje się nieszczery...
        Milczałam dłuższą chwilę, wpatrując się w przyjaciela. Nie wiedziałam jak zareagować. Tama jeszcze przed moimi narodzinami mieszkała na Cudownej Ziemi. Nienawidziła mojego ojca. Miesiącami planowała się go pozbyć. Nie udało się jej, ale zabiła brata mojego ojca. Lew zginął broniąc Angę, podczas koronacji. Nie wiedziałam, że owa Tama ma partnera i na dodatek dzieci. 
        — Ale ty nie jesteś taki jak ona... Ale z drugiej strony rozumiem, że nie chcesz tego ukrywać — odparłam w końcu. — Możemy iść razem do mojego ojca.
       Moto uśmiechnął się słabo. Chwilę jeszcze leżeliśmy, planując cały przebieg rozmowy, aż w końcu ruszyliśmy na Cudowną Skałę. Żołądek podchodził mi do gardła. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej byłam tak zestresowana. Zlokalizowaliśmy ojca. Moto ukłonił się grzecznie i zaczął spokojnie tłumaczyć. Po twarzy ojca już wiedziałam, że to był totalnie zły pomysł.
        — Nie jestem jak ona... Wybrałem inną drogę... — odparł na koniec Moto.
        Ojciec odszedł od nas na parę metrów i westchnął głęboko. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Ta cisza była wręcz bolesna.
        — Do wieczora masz czas, żeby opuścić królestwo. Możesz zabrać zapasy, wszystko co chcesz... Tylko po prostu odejdź... — głos króla był tak stanowczy, że wręcz zaczęłam się go bać.
        Wszelkie błagania, płacz i histerie nie pomogły. Moto wieczorem musiał odejść. Nawet się nie pożegnał. Po rozmowie po prostu gdzieś zniknął, rozpłynął się. Nigdy więcej go nie zobaczyłam. Ojciec tłumaczył się jakimś kodeksem, przeczuciem, że Moto już ma namieszane w głowie, bo Tama była niezrównoważona i pewnie tak go wychowała. Nie rozumiałam go. Przecież uwielbiał go tak samo jak ja.
        Noc spędziłam poza domem. Nad rankiem patrol lwic odnalazł mnie i przyprowadził do domu. Nie potrafiłam spojrzeć w oczy ojcu. Nie byłam zła... po prostu zawiedziona. Myślałam o tym wszystkim tak intensywnie, że powoli dla spokoju swojego ducha, zaczynałam uwierzyć w wersję, że Moto był zagrożeniem. Zbierałam się po tym prawie przez miesiąc. Całe dnie włóczyłam się sama, rzadko z kimś rozmawiałam, często nocowałam poza Cudowną Skałą. 
        Powoli wszystko wracało do normy. Nie zapominałam, ale uczyłam się z tym żyć. Niedługo miała odbyć się ceremonia pierwszego polowania. Nie miałam ochoty brać w tym udziału, a tym bardziej przygotowywać się. Nie czułam się już integralną częścią stada. 
        Pewnego dnia snułam się po sawannie z wzrokiem wbitym w ziemię. Myślami byłam daleko i nie kontrolowałam rzeczywistości wokół siebie. Nagle poczułam promieniujący ból głowy.
        — Ałłłłł... Na Muhimu! — syknęłam. Uderzyłam czołem w kamień. Byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam wielkiego głazu przed sobą. 
        Zza siebie usłyszałam śmiech. Nie był drwiący. Odwróciłam się i ujrzałam lwa w swoim wieku. Też zaczęłam chichotać, masując obolałą głowę. Nieznajomy podszedł i pomógł mi wstać. 
        — Często tak wpadasz na przypadkowe rzeczy? — zaśmiał się. 
        — Mam problemy z błędnikiem... Heh... Dzięki za pomoc — odparłam, chcąc już sobie iść. Jednak miałam wrażenie, że skądś znam tego lwa. Te zielone oczy były strasznie znajome...
-----------------------------------------------------------------------------------
Będę się się teraz starać pisać częściej na ile mogę. Teraz kilka pytań:
1.Czy decyzja Moto była dobra?
2.Uważasz ze Valentine postąpiła dobrze broniąc Moto?
3.Kim jest nowo poznany lew?
4.Czy Valentine przystąpi do ceremonii pierwszego polowania?

środa, 23 września 2015

#4.Ktoś nowy

            Wstałam przed wschodem słońca. Usiadłam na czubku Cudownej Skały. Nasze królestwo było wielkie. Zaczęłam myśleć o tym, jak to wszystko będzie wyglądać, jak Iris zostanie królową. Czy wtedy będę mogła robic co chce? Chciałabym być łowczynią...Może i nie umiem polować, ale wszystko w swoim czasie. Spojrzałam na królewską jaskinię. Nikt jeszcze nie wstał. Był to dobry moment, by się wymknąć, lecz nie chciałam kolejny raz zawieść ojca. Może wrócę do jaskini?...Nie. Zeszłam z Cudownej Skały w podskokach i ruszyłam nad wodopój. Usłyszałam za sobą kroki. To była Iris. Uśmiechnęła się i bez słowa dołączyła do mnie. Dotarłyśmy nad wodopój. Zobaczyłam grupkę lwiątek. Podekscytowałam się tym widokiem, może wreszcie poznam kogoś nowego. Spojrzałam porozumiewawczo na Ir i obie pobiegłyśmy w ich stronę. Były to dwie lwiczki i trzy lwy. Zatrzymałyśmy się przed nimi zdyszane. 
— Hejka, jestem Valentine — powiedziałam radośnie. — To Iris moja siostra. 
— Asante, Asma, Chaka, Chiku i Mwzo — najstarszy lew przedstawił wszystkich pokolei. 
— To księżniczki? — szepnął Mwzo. 
— Co ty pleciesz... Spój na nią, taki wątlak nie może być księżniczką — zaśmiał się z z drwiną najstarszy. 
— Ale my jesteśmy księżniczkami, nasz tata jest królem — próbowałam się tłumaczyć. 
        —Przecież widzę, że już się trzęsiesz jak galareta. Prawdziwa księżniczka niczego się nie boi! — Asante wciąż próbował wyprowadzić mnie z równowagi. 
        — Jak mam ci to niby udowodnić? — zaczęłam się nakręcać. Iris złapała mnie za ramię. Pozostała czwórka próbowała doprowadzić do rozsądku tego cwaniaczka. 
— Widzisz to stado antylop? Jeśli jesteś księżniczką to będziesz na tyle odważna, by wejść między nie i ich nie spłoszyć — powiedział. 
        — No dobra! — warknęłam.  
        — VALENTINE — krzyknęła za mną Iris.    
        Zaczęłam dziarskim krokiem iść w kierunku stada, kiedy byłam już blisko zdałam sobie sprawę, jak głupio postępuje. Val, jakie procesy myślowe zaszły w twojej głowie, że uznałaś to za dobry pomysł? Przecisnęłam się między antylopy i stanęłam jak słup. Serce mi przyspieszyło. Zaczęłam się bać, słyszałam swój ciężki oddech. Dobra, co teraz? Tyle? Chciałam powoli wyjść, ale nagle jedna antylopa podniosła głowę.
        — Błagam nie... — szepnęłam do siebie, wiedząc co zaraz się stanie.
        Wszystkie antylopy nagle ruszyły ze stukotem kopyt. Skuliłam się na ziemi, zasłaniając głowę łapami. Pamiętam tylko kurz... bardzo dużo kurzu i przypadkowe kopnięcia na całym ciele. Podniosłam się na przednie łapy, a Iris od razu do mnie przybiega i zaczęła przytulać.
        — Wszystko okey? Nic ci się nie stało? — ciągle pytała.
        — Oprócz tego, że wyglądam jakbym zamieniała się w lwa z Zakazanej Ziemi to wszystko w najlepszym porządku — zaśmiałam się, patrząc na swoje siwe od kurzu futro.
        — Ładnie się bawicie... — usłyszałam zza siebie głos. Głos ojca. Będą kłopoty. 
        — Tato, ale...
        — Iris, na Skałę, a ty idziesz ze mną do Matu — przerwał mi i wrzucił mnie sobie na grzbiet. 
        Zmierzaliśmy do medyczki w grobowej ciszy. Nie wiedziałam czy widział mnie z tymi lewkami, czy wie jak głupio postąpiłam. Wolałam nie zaczynać dyskusji, żeby się nie wydać.
        — Co chciałaś przez to udowodnić? Tak, wiem Duma mi powiedział — nagle ojciec przerwał ciszę.
        — Bo to lwiątko nie wierzyło mi, że jestem odważna...
        — Sądzisz, że to co zrobiłaś było odważne?
        — Teraz już wiem, że nie...
        — Słuchaj mała, odwagą nie jest bezmyślne narażanie swojego życia. Czasami większą odwagą jest odmówić i nie bać się ośmieszenia — jego ton wyraźnie złagodniał.
        Doszliśmy do drzewa szamanki. Matu stwierdziła, że wszystkie moje cztery łapy są sprawne i mogę śmigać bawić się dalej. Zaczęłam biec w kierunku Cudownej Skały, żeby znaleźć siostrę. Nagle usłyszałam znajomy krzyk. Zaczęłam się rozglądać i zmierzać w stronę hałasu. 
        Asante... No kto by pomyślał. Bił, a raczej próbował bić jakieś lwiątko mniejsze od niego. Nie wiedziałam, co zrobić. Chciałam interweniować, ale nie chciałam mieć już kontaktu z moim dzisiejszym oprawcą. Nieznajomy mi lwiak całkiem nieźle sobie radził. Był zwinny. Asante próbował go złapać, ale ten co chwilę mu się wymykał. W pewnym momencie nawet zauważyłam cwaniacki uśmiech na jego pysku.
        — Halo! Co tu się dzieje! — krzyknęłam, nagle wychodząc z ukrycia.
        — Na Muhimu! Znowu ty! Nie twoja sprawa! Przepędzam tego... sierotę... — warknął Asante.
        — Zostaw go! I zejdź mi z oczu! Dosyć mi problemów przez ciebie.
        — A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?
        — Księżniczką, jak już dobrze wiesz — uśmiechnęłam się szeroko, doprowadzając tym rówieśnika do szału. 
        Asante chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie się oddalił. Zostałam sama z nieznajomym.
        — Jestem Valentine — wyciągnęłam łapę na przywitanie.
        — Fajnie... Tatuś pozwolił ci chodzić samej? — w głosie lwa słyszałam wyraźną drwinę. Cwaniacki uśmiech nie schodził mu z pyska. W tym momencie zaczęłam wątpić czy poznam w tym królestwie jakiegoś miłego samca w moim wieku.
        — Zasady dobrego wychowania sugerują, żeby powiedzieć swoje...
        — Zasady mnie nie obowiązują — przerwał mi.
        — Dobra wiesz co, mogłam Asante dać cię zbić, nie będę dłużej tracić czasu... — odparłam i zaczęłam odchodzić.
        — Moto! Jestem Moto! — krzyknął za mną. Zatrzymałam się, a on mnie dogonił. — Nie spinaj się tak ksieżniczko!
        Na mój pysk wkradł się delikatny uśmiech. Moto odprowadził mnie do Cudownej Skały. Przez całą drogę gadał jak najęty. Mówił, że jest włóczęgą, nie ma rodziców i nie jest stąd, przez co niektórzy lubią mu dokuczać. Nie chciał jednak zdradzać żadnych szczegółów i szybko zmieniał temat.
    Czyżby miał coś do ukrycia?

piątek, 7 sierpnia 2015

#3.Czarne stado

Lwica i tata walczyli kilka minut i odskoczyli od siebie. Za ojcem stało nasze stado. Szybko pobiegłam do matki i schowałam między jej łapami. Ukradkiem patrzyłam na lwicę i jej stado. Mieli ciemną sierść i oczy głównie w kolorach czerwieni. Nigdy nie widziałam lwa z Zakazanej Ziemi. Często lwy z Lwiej Ziemi były wysyłane, by przekazać jakieś wiadomości, ale one były inne. Miały beżową sierść.
Czarna lwica mierzyła tatę nienawistnym spojrzeniem, on stał dumnie niewzruszony.
— Twoja córka zepsuła nam polowanie, Anga — warknęła, posyłając mi złowrogie spojrzenie. 
— Adui, nie powiesz mi chyba, że zaatakowałaś ją, bo myślałaś, że to gazela. Poza tym omawialiśmy to, żadnego polowania przy granicach! — głos ojca był surowy, ale spokojny.
— To nasz teren i nie będziesz mi mówił gdzie mogę polować, a gdzie nie. Za mną! — odparła Adui i zaczęła, odchodzić ze swoim stadem.
Ojciec wziął mnie w pysk i razem ze stadem skierowaliśmy się ku Cudownej Skale. Nagle lew położył mnie na ziemi. Odszedł kilka kroków i usiadł na pagórku. Trochę speszona wolnym krokiem podeszłam do niego i wlazłam na kamień obok. Na pewno czeka mnie kara... do końca życia będę chodzić przykuta do Ranga i Dumy... ale przecież już jestem...
Spojrzałam na ojca. Patrzył w dal i w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Nie wiedziałam co mam robić. Siedzieć cicho by nie pogarszać swojej sytuacji czy zdobyć się na odwagę i wykrztusić z siebie chociaż słowo. 
— Tato?... — szepnęłam.
Lew gwałtownie odwrócił się w moją stronę i spojrzał mi w oczy. Starałam się unikać jego wzroku.
— Dlaczego jesteś taka nieuważna? — spytał tym spokojnym, ale jednak surowym i miażdżącym moją pewność siebie tonem.
— Tato... ale... ale... ja nie chciałam... Przepraszam
— Jako księżniczka nie powinnaś co chwilę wpadać w tarapaty — odparł Anga.
— Ale... ja nie czuje się księżniczką... po co nią jestem? Przecież to Iris zostanie królową, a o mnie wszyscy zapomną... Teraz tylko udają, że im na mnie zależy. 
— Będąc siostrą samej królowej nie będziesz zwykłym lwem w stadzie, ale teraz nie przejmuj się takimi rzeczami... — powiedział, przytulając mnie.
Trącił mnie głową, a ja spadłam z kamienia, na którym siedziałam. Tata zaczął uciekać, a ja biec za nim. Bawiliśmy się, śmiejąc i po chwili zmęczeni runęliśmy na trawę.
— Widzisz tego ptaka? — powiedział, wskazując łapą na gniazdo, z którego próbował wyfrunąć mały ptak. — Kiedy dorośniesz, będziesz mogła wybrać. Zostać z nami czy ruszyć w świat...
Gdy to mówił ptak wyfrunął z gniazda. Spojrzałam na ojca, wydawał się zamyślony.
— Tato... kim były te lwy na granicy? — spytałam prawie szeptem.
— Adui, królowa Zakazanego Królestwa i jej stado. Nie jest naszym wrogiem, ale też nie przyjacielem. Nie zbliżaj się do jej królestwa... Chodźmy, matka będzie się niepokoić 
Gdy wróciliśmy, usiadłam na skałce obok Cudownej Skały i wypatrywałam lwiczek. Miałam tylko nadzieje, że się o tym nie dowiedziały. Nagle podszedł do mnie Rang. 
—  Witaj księżniczko — powiedział. 
Skinęłam tylko głową na przywitanie, bałam się, że wypaple coś o dzisiejszym zdarzeniu, a miałam nadzieje, że Rangi już zapomniał.
— To co dzisiaj zrobiłaś, było bardzo głupie... Siostra i dwie lwiczki czekają na ciebie na ciebie przy wodopoju — powiedział.
Poderwałam się prędko i pobiegłam, bojąc się, że lis będzie kontynuował temat. Zobaczyłam ptaka, którego wcześniej widziałam z ojcem. Zatoczył nade mną koło i odfrunął.
Szczerze byłam trochę sceptycznie nastawiona do tego, że dziewczyny się nie dowiedziały.
— Hej! — przywitałam się niepewnie, kiedy je zobaczyłam.
— Valentine! Gdzie ty się podziewałaś? Martwiłam się o ciebie! — Iris podbiegła do mnie i przytuliła mnie. Spięłam się, ale w końcu też ją przytuliłam. — Rangi i Duma wyglądali na zdenerwowanych i szeptali między sobą, że coś przeskrobałaś... Powiesz nam?
— Poszłam na granice... zaatakowała mnie królowa Zakazanej Ziemi i jej stado, ale tata mnie obronił — odparłam.
— Jak ona wyglądała? A tamte lwy? — pytała podekscytowana Tess.
— Cóż, Adui była cała czarna i miała czerwone oczy. Jej nos był zadziorny, a kły wielkie — wiernie opisywałam królową.
Lwiczki patrzyły na mnie z zachwytem i przerażeniem.
---------------------------------------------------------------------------------------------
Notka trochę krótka nawet bardzo. W ramach wyrównania gif.

wtorek, 4 sierpnia 2015

#2.Pierwsza wyprawa

Dopisek 2019 r | Tak, mam świadomość jak początkowe rozdziały są beznadziejne. Teraz w porównaniu z tym jest znacznie lepiej... Znaczy nie jest idealnie, ale... jest lepiej.
~Miśka z przyszłości
--------------------------------------------------------------------------------------------------
Troska ojca nie znała granic. Na każdym kroku nas ograniczał: nie pozwalał nam oddalać się od Cudownej Ziemi bez swojej wiedzy, nie mogłyśmy same chodzić po sawannie, a majordomusi zawsze byli przy nas. Niesamowicie mnie to irytowało...
Dzisiaj nadszedł ten wyczekiwany dzień, który wytargowałam u ojca. Dziś mogłam zupełnie sama zwiedzić królestwo.
Wyszłam zadowolona z groty i zaczęłam biec przez siebie. Byłam tak szczęśliwa, że nie zważałam na wszystko wokół. Jedna przeszkoda wystarczyła, abym przekoziołkowała do przodu i upadła twarzą w piach. Podniosłam się i otrzepałam.
— A gdzie to się tak śpieszy nasza księżniczka? — zaśmiał się ojciec. To on podłożył mi łapę.
— Przecież obiecałeś... Mogę?... — spytałam, robiąc maślane oczy.
— No dobrze, ale weź ze sobą Iris — odparł król, widząc, jak mój entuzjazm gaśnie.
Skrzywiłam się. Nie chciałam iść z Iris. Ona jest taka... taka przepisowa. Może nawet za bardzo.
— Ale... — próbowałam jeszcze dyskutować, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
— Albo idziesz z nią, albo w ogóle — powiedział stanowczo ojciec.
Zgarbiłam się i przytaknęłam. Iris na pewno siedziała z mamą na skałkach pod Cudowną Skałką. Niechętnie się tam udałam.
— Iris? Idziesz ze mną? — spytałam, wymuszając uśmiech.
— A co się stało, że moja kochana siostrzyczka chce spędzać ze mną czas? — zaśmiała się.
— Idziesz czy nie? — burknęłam lekko wkurzona.
Siostra spojrzała na matkę, która skinęła głową i zeskoczyła z głazu. Gdy znalazła się u mojego boku, ruszyłyśmy na sawannę.
Podczas naszego krótkiego marszu Ir zdążyła użyć już chyba wszystkich możliwych pozytywnych epitetów odnośnie do Cudownej Ziemi. Przytakiwałam jej co jakiś czas, żeby nie wyjść na ignorantkę.
— Patrz, tam ktoś jest! — krzyknęła wesoło Iris, popychając mnie.
— Wow Iris... Zobaczyłaś lwy na Cudownej Ziemi, jestem z ciebie dumna — odparłam drwiąco.
— Chodź, idziemy się przywitać! — Nim zdążyłam zareagować, siostra chwyciła mnie za łapę i pociągnęła za sobą.
Nad wodopojem bawiły się dwie lwiczki w naszym wieku. Gdy tylko nas zobaczyły, zaprzestały harców i wbiły w nas dziwne spojrzenie.
— Jestem Valentine — przedstawiłam się.
— Mam na imię Tessa, a to moja siostra Luna — powiedziała niepewnie szara.
— Miło mi, ja jestem księżniczka Iris — wtrąciła się Ir, popychając mnie lekko.
Zdenerwowało mnie to. Panoszyła się, jakby była nie wiadomo kim.
— Pierwszy raz rozmawiam z księżniczkami... Jakie to uczycie być księżniczką? Pewnie mega... — zachwycała się Tessa.
— W zasadzie to nic niezwykłego... No chyba, że jesteś następczynią tronu — spojrzałam znacząco na Iris.
Bycie księżniczką nie dawało mi nic, oprócz tego, że wszyscy mnie znali. Znali nie znaczy, lubili.
— Bawimy się w coś? — spytała nagle Luna.
Wszyscy zgodnie przytaknęli i zaczęło się wybieranie zabawy. Każda z nas miała inną propozycję. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na chowanego. Pierwsza szukała Iris. Uznałam, że najlepszą kryjówką będzie spróchniały w środku pień drzewa. Władowałam się do środka i czekałam z niecierpliwiona chyba ponad dziesięć minut. W końcu nie wytrzymałam i wyszłam. Chyba o mnie zapomniały.
Uświadomiłam sobie, że jestem bardzo blisko granicy z Zakazaną Ziemią. Zawsze byłam ciekawa czy naprawdę jest tak spustoszona, jak wszyscy mówią. Niewiele myśląc, ruszyłam w stronę granicy. Przez moment wydawało mi się, że ktoś za mną idzie. Zatrzymałam się. Usłyszałam szepty. Przestraszona zaczęłam biec, po chwili zatrzymałam się gwałtownie, a coś na mnie wpadło. Pisnęłam i przerażona zaczęłam uciekać. Nie zatrzymując się, odwróciłam głowę. To był Rang i Duma, nasi opiekunowie.
— Val!? Val?! Valentine!... Mówiłem, żebyś nie tupał jak słoń. Wystraszyłeś ją! — burknął wkurzony lis. Duma wzruszył ramionami.
— Śledzicie mnie? — spytałam z oburzeniem, wychodząc z ukrycia.
— Yyy... Księżniczka nie powinna sama włóczyć się po królestwie, a w szczególności przy granicy — odparł Rangi.
— Powiedzmy szczerze, jestem zwykłym lwem...
— Jesteś królewską córką — wtrącił się Duma, który dotychczas siedział cicho. — A królewską córkę obowiązują zasady.
— Dobra... Możecie już iść, sama wrócę, ok? — odparłam, uśmiechając się, a wręcz szczerząc do nich.
— O nie, nie moja droga! Wracasz z nami! — powiedział stanowczo lis.
Wiedziałam, że już się nie wykręcę. Kiwnęłam głową i posnułam się za nimi. Rang i Duma cały czas się kłócili i nie zwracali na mnie uwagi. Do głowy wpadł mi pomysł. Zaczęłam powoli zwalniać, a kiedy byłam już dostatecznie daleko, pobiegłam w stronę granicy. Zatrzymałam się przy rzeczce graniczącej. Przeszłam po kłodzie na drugą stronę. Usłyszałam szelest, a trawa naprzeciwko mnie się poruszyła. Z daleka było słychać krzyk Ranga i Dumy, pewnie zorientowali się, że mnie nie ma.
Zaczęłam powoli iść w głąb Zakazanej Ziemi. Wskoczyłam na głaz, by się rozejrzeć i wtedy dostrzegłam czającą się w trawie czarną lwicę. Przestraszona zaczęłam biec w kierunku granicy. Było ich więcej, biegli za mną przeraźliwie, warcząc. Lwica biegnąca na czele chciała na mnie skoczyć, atak odparł ojciec.

poniedziałek, 27 lipca 2015

#1.Początek

Cudowna Ziemia oświetlona światłem księżyca zawsze wyglądała zjawiskowo. Każdy, kto choć raz przechadzał się po niej o zmroku, zakochiwał się w tej krainie bez opamiętania. Tak samo było ze mną. Kochałam to królestwo całym sercem...
Cudownoziemcą przewodziła para królewska- Anga i Giza, prawdopodobnie jedne z najważniejszych i najbardziej wpływowych lwów na całej sawannie. Mieli oni dwójkę dzieci, dwie córki. Obie piękne i śnieżnobiałe. Starsza rozważna o pięknych szarych oczach imieniem Iris, a druga lekkoduszna zielonooka Valentine. Koronę miała przejąć Iris. Tak było zapisane w tradycji Cudownoziemców.
Nie rozumiałam tych wszystkich zasad, wytycznych i przepisów. Nie rozumiałam, dlaczego wszyscy wciąż karcili mnie za to, że nie chce podążać za swoim przeznaczeniem... Ale nikt nigdy nie powiedział mi, jakie jest moje przeznaczenia...

Pewnie zastanawiacie się kim jestem? Nazywam się Valentine i jestem księżniczką Cudownej Ziemi.

Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony